Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki bardzo złe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki bardzo złe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2020


Każdy ma swoją ukochaną dziedzinę, o której może gadać godzinami. Jak już wiecie, moją jest historia malarstwa. Często zdarza się, że kiedy widzę dzieło sztuki, które mnie porusza, biją mi dzwony i trafia we mnie piorun. Natomiast gdy czytam intrygująca analizę dzieła sztuki coś mi klika w duszy, jakby puzzle się do siebie dopasowały i wszystko się stało jasne. Wybaczcie mi ten patos, bo to emocje trudne do oddania słowami. Są to także najwspanialsze odczucia, jakich może według mnie doświadczyć człowiek, dlatego chciałabym się nimi dzielić z innymi. Ale zawsze zdarzy się ktoś, kto będzie bezczelnie ziewał, kiedy miłośnik sztuki stara się, aby innym też zabiły dzwony.

Dlaczego niektórzy uważają, że historia sztuki jest nudna? Jakie mogą być sposoby na zachęcenie do niej? I dlaczego powieść Javiera Sierry pod tytułem Mistrz z Prado kiepsko się nadaje, aby zainteresować kogoś malarstwem? Na te kilka pytań postaram się odpowiedzieć w tej notce.

 

środa, 20 lutego 2019

Donald McCaig „Rhett Butler” – ponowne starcie z fanfiction (recenzjoanaliza)



Tekst zawiera spoilery do powieści Przeminęło z wiatrem. Podejrzewam także, że nie znający tejże tej powieści mogą się tutaj poczuć co najmniej pogubieni. 


Byłam niedawno w księgarni i doszłam do wniosku, że teraz to się tak nie da napisać tylko jednej książki – trzeba koniecznie wypuścić trylogię, a potem dodatki „oczami innego bohatera”. Stąd też historia Anastasii Steele ciągnie się przez trzy tomy i zostaje jeszcze uzupełniona przez czwarty, gdzie narratorem jest Christian. Podobnie jest z, nomen omen, beznadziejnymi powieściami Colleen Hoover Hopeless i Losing Hope. Samodzielnie miał też się wypowiedzieć Edward Cullen, ale plan ten zarzucono. 

„A co z Rhettem Butlerem? Cóż, Margaret Mitchell postąpiła wyjątkowo niemarketingowo, nie pisząc sequelu. Ale przecież teraz nie żyje. Czemu zatem nie zlecić komuś, żeby stworzył dodatkową powieść wyjaśniającą wszystkie tajemnice Rhetta? Ludzie to kupią!”, tak zapewne pomyśleli bardzo przeze mnie lubiani i szanowani spadkobiercy Margaret Mitchell. I, o zgrozo, myśl tę wypełniono. 

Rhett, ach, Rhett! Najpopularniejszy amant w historii literatury i kina! Przystojny, bajecznie bogaty, inteligentny, mroczny, o złej reputacji, ale gotowy wyciągnąć ukochaną z płonącej Atlanty. I przede wszystkim kochający miłością tyle namiętną, co nieszczęśliwą. Przez całą powieść bezskutecznie próbuje zdobyć uczucia oziębłej Scarlett O’Hary, czym podbił serca milionów czytelniczek (znam taką jedną, co cały czas się zastanawia, czy nie dałoby się jakoś Rhetta sprowadzić do realnego świata jak w Atramentowej trylogii). Ojej, to chyba wygląda na Gary'ego Stu – bohatera obdarzonego tyloma zaletami, że aż nierealnego. Rzeczywiście, moim zdaniem można tak powiedzieć o Rhetcie, ale tylko do momentu. Pod koniec powieści Przeminęło z wiatrem okazuje się, że na byciu stereotypowym bad boyem źle się wychodzi; można by nawet pokusić się o stwierdzenie, iż Rhett marnie kończy, ale tego całkowicie przecież nie wiemy… Odwrotna sytuacja ma miejsce w filmie; Butler do końca pozostaje wymuskany i piękny, odchodzi w mgłę niemalże jako triumfator, czemu towarzyszy prawie wesoła muzyka. Jakkolwiek uważam, że adaptacja z 1939 jest najlepszą, jaka mogłaby w ogóle powstać, tak uczyniła ona dużą krzywdę samej powieści, którą ocenia się przez pryzmat filmu jako łzawy melodramat (twierdzą tak zazwyczaj ludzie, którzy tej wspaniałej książki nigdy w rękach nie mieli, po prostu uwielbiam, kiedy ktoś czegoś nie zna, ale bardzo chętnie wydaje na dany temat opinię), podczas gdy w istocie jest ona mrocznym dramatem wojennym. Marzy mi się nowe wydanie książki w okładce bez Rhetta, bez napisu „Romans wszech czasów!”, bez odniesień do filmu i utrzymanej w ciemnej kolorystyce.

Co ciekawe, w samej powieści nie ma Rhetta jakoś tak znowu wiele; często znika, by pojawić się kilka rozdziałów dalej. Nie znamy również jego całej przeszłości. Odkryć wszystkie jego tajemnice - czy to nie brzmi kusząco? Dowiedzieć się, jak zdobył fortunę, na czym polegał jego konflikt z rodziną, co tak właściwie łączyło go z Belle Watling… Przyznam się, że i mnie czasami zdarzało się napisać fanfik „oczami Rhetta”, ale traktuję to raczej jako trening literacki, zanim stworzę coś swojego, co rzeczywiście nadawałoby się do pokazania innym ludziom. Nie jestem zresztą w tym osamotniona; znów mam tutaj na myśli fanfiction.net. 

Tymczasem Margaret Mitchell Estate ponownie wpadło na genialny pomysł, który mogłabym w skrócie opisać, parafrazując jeden z tekstów G.F. Darwin: „By zachować dalej prawa autorskie i zarobić niemało, jeszcze raz wydajmy kontynuację, ty pusta pało”. Na początku wyznaczono pisarza Pata Conroya, ale ten miał wizję, by zawrzeć w swojej powieści takie wesołe wątki jak homoseksualizm, krzyżowanie się ras i, uwaga, uśmiercić Scarlett. Nic dziwnego, że projekt ten upadł, chociaż to w sumie mogłoby być tak złe, że aż dobre. Ostatecznie, w roku 2008 na rynku ukazała się książka pt. Rhett Butler’s People autorstwa Donalda McCaiga, którą przetłumaczono na kilka języków, w tym także polski. I tak w listopadzie anno domini 2018 cudo to wpadło w moje rączki. Rzecz oczywista, mój wewnętrzny Ebenezer Scrooge nie pozwolił mi wydać na nie ani złotówki, ale od czego są biblioteki publiczne? 

Okładka stąd

Intuicja dobrze Wam podpowiada: już od pierwszej strony popadłam w stupor. Otóż akcja Rhetta Butlera rozpoczyna się od pojedynku wspomnianego w samym Przeminęło… . Nie brzmi to najgorzej do momentu, gdy okazuje się, że rzekomo pohańbioną panną jest… Belle Watling, córka ekonoma Butlerów! Nie chcę tu robić z siebie jakiegoś superznawcy obyczajów Południa, ale coś mi się zdaje, że biały pan raczej by się nie pojedynkował z synem ekonoma. A tak właściwie, czy „niepanicz”, nazwę to nieco anachronicznie terminologią Boziewicza, mógł mieć zdolność honorową? Serio pytam. Pominę już zupełnie to, że okoliczności tego wydarzenia w ogóle nie odpowiadają tym z oryginalnej powieści. Mimo że nie mam właściwie co Wam dokładnie streszczać, gdyż autor powtarza z grubsza sekwencję wydarzeń PZW, jest fatalnie. McCaig stworzył bowiem alternatywną wersję Przeminęło z wiatrem, gdzie nie tylko popuścił wodzy własnej fantazji, ale też totalnie nie przejmował się tym, co napisała Margaret Mitchell. Nie jest to zatem jego własne od początku do końca dzieło ani solidna kontynuacja powieści. 

Ukazane przez niego sytuacje nie często nie zgadzają się chronologicznie z pierwowzorem, np. wspomniany przez Mitchell syn Belli Watling wg McCaiga był o wiele starszy, matka Rhetta umiera, chociaż w samym PZW ma się świetnie itp. Trzeba przyznać, że Alexandra Ripley ma nad McCaigiem jedną przewagę: PRZECZYTAŁA PZW, więc choć wiele można jej zarzucić, to przynajmniej nie popełnia takich pomyłek związanych samą treścią powieści. Natomiast szanowny pan pisarz przyznał się, że nim dostał zlecenie, nie znał losów Scarlett i był nawet zaskoczony, jak dobrze jest to skonstruowana postać. To wiele tłumaczy. Przede wszystkim to, że w Rhetcie jest zaskakująco mało samego Rhetta i jeszcze mniej Scarlett. Zamiast tego dużo miejsca poświęcono siostrze głównego bohatera, Rosemary i jej życiu miłosnemu (które trochę stanowi odwróconą historię Scarlett, czyli od bad boya do ciepłych kluch), Belle Watling i stworzonemu przez MacCaiga Tunisowi Bonneau. Mam wrażenie, że autor po prostu nie wiedział jak poprowadzić naszą ulubioną postać, więc po prostu unikał pisania o niej jak tylko mógł. Problem w tym, że to nie jest to, czego oczekiwał czytelnik, tym bardziej, że nowe osoby w naszej ukochanej opowieści są głównie nudnymi intruzami: „Co mnie obchodzi jakiś tam Andrew Ravanel, dawać mi tu Scarlett i Rhetta!”. Co ciekawe, w oryginale niniejszy fanfik nosi tytuł Rhett Butler’s People (podkreślenie moje), który wydaje mi się zdecydowanie trafniejszy. Do pewnego momentu powieść jest przede wszystkim nużąca, skoro to właściwie znana nam historia opowiedziana innymi słowami. Ostra jazda zaczyna się, gdy przytoczone zostają listy Melanii Wilkes do Rosemary. W tym momencie musiałam odetchnąć i przejść się dwa razy po pokoju. Co tam się takiego znalazło? Oto cytaty (ostrzegam, mocny towar):
Bo kiedy sama dowiedziałam się, że nie będę mogła mieć więcej dzieci, uznałam, że zadowolę się czułością związaną z aktem miłosnym. Ashley jest czułym mężem, tyle że z braku — wybacz określenie — »romantycznej przemocy« podczas tegoż aktu — pisząc te słowa, aż się rumienię — nasza namiętność ginie z roku na rok, z braku zmian miesiące mijają niepostrzeżenie. Wiem, porządna kobieta nie powinna łaknąć żarliwych objęć męża, ale…”. (...) Czasem spotykam córkę Twojego dawnego ekonoma, Belle Watling. Moja droga, ja znam tylko dotyk Ashleya, który szafuje pieszczotami i bardziej dba o to, by dawać przyjemność, niż ją brać. Rozważałam czy nie zapytać jej (choć się nie zdobyłam), jak to jest mieć tylu mężczyzn, i czy wszyscy są tacy sami? (...) Och, Rosemary, minęło osiem lat osiem długich lat, odkąd doktor Meade powiedział Ashleyowi, że nie wolno mi zajść w kolejna ciążę. Wiem, że powinnam odsunąć pożądanie na bok, ale nie potrafię. Czasem Ashley robi lub mówi coś, czasem światło tak padnie, że dosłownie płonę, żeby mnie porwał w ramiona! Ależ on jest przystojny! Istnieją sposoby, które pozwoliłyby na intymności bez niepożądanych przez nas konsekwencji, ale Ashley, mój kochany Ashley, jest za porządny a kiedy raz ośmieliłam się o nich wspomnieć, spłonął rumieńcem koloru azalii Pitty i zaczął się jąkać (choć nigdy się nie jąka), aż w końcu wyznał: ,,Dżentelmeni nie stosują takich wynalazków!". Jestem pewna, że Belle je zna i powiedziałaby mi, gdybym odważyła się zapytać.




Nic z tego nie zmyśliłam. Nie byłabym w stanie wpaść na taką obrzydliwość. To się dzieje naprawdę: pan McCaig uznał, że dobra, skromna Melania, Melania, która czuła się niekomfortowo w obecności obcych mężczyzn mogłaby napisać taką epistołę. Jak mam to skomentować, nie używając obelżywych słów względem niedawno zresztą zmarłego pisarza? Przyszłym autorom fanfików do PZW proponuję opisać namiętny związek Melanii z Belle Watling, jeśli mamy brnąć w tego typu absurdy.

Od tego momentu zaczyna się koszmar. Widocznie McCaigowi nie chciało się za wiele już pisać, więc postanowił załatwić sprawę szast-prast kolejnym listem Melanii, zaledwie wspominając w nim o śmierci Bonnie, a zupełnie pomijając wypadek Scarlett na schodach. A przecież to było kluczowe wydarzenie dla relacji państwa Butler! W moim przekonaniu, zamiast poświęcać czas całkowicie niepotrzebnej historii Rosemary, zdecydowanie należało opisać stan psychiczny Rhetta, jak powoli jego uczucie do Scarlett zaczęło właściwie umierać, czego nie otrzymaliśmy w samym PZW. I to byłoby właściwym, interesującym uzupełnieniem oryginalnej historii. Ale po co, lepiej znowu dowalić pochutliwą Melanią:
Doktor Meade wini Ashleya za moją ciążę. Ashley jest dżentelmenem,a żaden dżentelmen nie przyzna, że jego słabowita żona okazała się Salome, która tak skusiła wdziękami bezbronnego mężczyznę, że nie potrafił jej się oprzeć. Tak droga przyjaciółko, wyznaję, że ta nieprawdopodobna historia nam się zdarzyła, bo niezbyt urodziwa dziewczyna w mojej osobie potrafi, gdy trzeba, zmienić się w prawdziwą Salome! (...) Kiedy mój targany winą Ashley wrócił do domu, nie dałam mu okazji do usprawiedliwień, bo powitałam go uściskiem, zapewne bardziej żarliwym i znajomym niż Scarlett. Ashley straszliwie pragnął złożyć mi wyznanie, aż mu drżały usta. Udaremniłam jednak próbę jego wyznania pocałunkiem.


Dalej następuje znane nam „Frankly, my dear, I don’t give a damn” i ciąg dalszy historii - ten na który czekają fani. Scarlett wraca do Tary, tam okazuje się, że posiadłość popadła w ruinę, a ponadto ktoś próbuje zaszkodzić jej mieszkańcom. Nękana Scarlett wysyła list z prośbą o pomoc do swojego bądź co bądź męża. Rhett postanawia przerwać swoje ostatnie zajęcie – łajdaczenie się po spelunach gdzieś w Europie i przyjechać do żony. Tam dochodzi do turbopojednania, tak zupełnie bez wyjaśnienia sobie pewnych spraw, bo po co. Okazuje się, że ojciec Belle Watling w zemście za śmierć zabitego w pojedynku syna chce dopaść Rhetta. Zamiast tego zabija swoja córkę, która zasłania własnym ciałem Rhetta. Koniec i bomba, kto przeczytał ten trąba. 


Czytając wciąż wydawało mi się, że mam do czynienia z tworem z fanfiction.net jakiejś przeciętnej aŁtoreczki przekonanej, iż TWORZY LITERATURĘ. Stąd też pojawiają się takie zabiegi jak inwersja czasowa czy przytaczanie listów bohaterów, a charakter Melanii zmieniła, bo przecież dobrzy i skromni ludzie nie istnieją, odcienie szarości, reinterpretacja bohatera, bla bla bla. Mam wrażenie, że mimo wszystko Alexandra Ripley postąpiła z czytelnikami nieco uczciwiej i że była wręcz samoświadoma, że napisała kioskowe czytadło. Ponadto, Scarlett na upartego da traktować jako osobną historię i czytać bez znajomości PZW. Natomiast w przypadku McCaiga nie jest to w ogóle możliwe, tym bardziej, że wiele zostało skrócone czy pominięte. Warto dodać, że Rhett Butler’s People to nie jedyny fanfik jego autorstwa. McCaig stworzył także dzieło pt. Ruth’s Journey, w którym przedstawił losy Mammy, piastunki Scarlett. W moim przekonaniu to obrzydliwy przykład żerowania na cudzej twórczości. Równie dobrze można by było napisać powieść o innej niewolnicy, ale to by się przecież nie sprzedało. Warto również nadmienić, że McCaig w Rhecie Butlerze nie uciekał tak jak Ripley od tematu wojny secesyjnej, a nawet próbował polemizować z Mitchell w kwestii wojny secesyjnej i Ku Klux Klanu, jednakże w moim przekonaniu wypadło to nieco blado; cóż, nie pisał swojej powieści przez dziesięć lat.

Zastanawia mnie jeszcze, dlaczego i Ripley, i McCaig musieli napchać do swoich ficzków tyle obrzydliwości? W Scarlett podglądanie kobiet, tutaj Melania-rozpustnica. Przecież to nawet ciekawe i przyjemne do czytania nie jest ani nie sprawia, że tekst staje się dojrzalszy i lepszy literacko. Chciałabym także zapytać polskiego redaktora, który pracował dla wydawnictwa Albatros przy wydawaniu Rhetta..., dlaczego w tzw. „momentach” głos głównego bohatera stawał się chrapliwy. Nie wiem, jakie słowo było użyte w amerykańskim oryginale, ale chrapliwy nie brzmi dobrze. To jakiś epitet stały czy ki diabeł? Chcielibyście mieć chrapliwego amanta? Ja też nie. Bardziej by pasowało słowo ochrypły. Większych wpadek nie dostrzegłam, chociaż spotkałam się z opiniami w internecie, iż pojawiały się błędy ortograficzne. Widać nie czytałam tak wnikliwie; wybaczcie mi, po prostu miałam już dość.

Jak już wspomniałam, Donald McCaig niedawno, bo w listopadzie 2018, zmarł, dlatego na koniec tej recezjoanalizy pozostaje mi tylko westchnąć: Panie Boże, wybacz mu tę książkę. Mam także nadzieję, że po raz ostatni zmagam się tutaj z oficjalną kontynuacją PZW (bo fanfiction nieoficjalne jest mi właściwie obojętne). Spadkobiercy Margaret Mitchell, nie wpadajcie już więcej na takie głupie pomysły.
Czy mogę jakoś zmyć z siebie tę hańbę, jaką była dla mnie ta książka?


środa, 15 sierpnia 2018

"Scarlett" Alexandry Ripley czyli dlaczego nie powinno się wydawać fanfiction (recenzjoanaliza)



Czy uchował się na tym świecie ktokolwiek, kto nigdy w życiu nie słyszał o Przeminęło z wiatrem (obojętnie czy na myśli mamy powieść Margaret Mitchell, czy obsypany nagrodami film)? Jestem święcie przekonana, że nie. I każdy z pewnością ma jakieś mgliste pojęcie, jak ta historia się kończy i co może się z tym wiązać.

Wspaniałe okropne zakończenie
               Jeśli ktoś by ode mnie pożyczył egzemplarz powieści, zauważyłby, że ostatnie strony są dziwnie pomarszczone, jakby ktoś pokropił je wodą. Nie mam zwyczaju czytać książek w toalecie,więc nasuwa się tu jedyna logiczna odpowiedź: to ślady po wyschniętych łzach! Finał Przeminęło… przyprawił mnie przy pierwszym czytaniu  o kilka tygodni rozpaczy: „Ale jak to? Dlaczego…? Nieeeeee, jaaaaaa taaaaak nie chcę! Chlip, chlip!”. Po jakimś czasie powtórzyłam lekturę, mając nadzieję, że tym razem wszystko dobrze się ułoży. I znowu, któż by mógł się spodziewać, spotkało mnie rozczarowanie. Wtedy (byłam czternastoletnim, wrażliwym dziewczęciem) miałam do Margaret Mitchell ogromną pretensję. Teraz uważam, że takie rozwiązanie jest najlepszym, jakie mogła wymyślić autorka dla swoich bohaterów. Po pierwsze: to oczywista konsekwencja tego, co się wydarzyło w końcowej części powieści; relacje Scarlett i Rhetta były w tym momencie nie do odratowania [SPOILER zaważyła zwłaszcza śmierć Bonnie i późniejszy alkoholizm Rhetta], a happy end w tej sytuacji to po prostu idiotyczny harlekinizm. Ponadto dzięki takiemu zabiegowi o tej opowieści po prostu nie da się zapomnieć; poruszony czytelnik będzie rozmyślał, łkał, tworzył alternatywne wersje wydarzeń i własne dalsze ciągi historii, dla których zresztą Mitchell zostawiła idealną furtkę. No właśnie, dalsze ciągi…

Fanfiction czyli jak miłośnicy sklejają złamane serduszka
               Sama Mitchell na wszelkie pytania o kontynuacje stanowczo odpowiadała: nie, żadnych nie będzie! Może się to wydawać dziwne, zważywszy na sukces Przeminęło z wiatrem; sequel na pewno przyniósłby autorce ogromne zyski. Ponoć pisarka zastanawiał się nad stworzeniem kolejnej powieści, w której ukazałaby szerzej losy pobocznych bohaterów poprzedniej (prawdopodobnie byliby to Tarletonowie). Wszelkie plany literackie zostały jednak zaprzepaszczone przez pewnego pijanego taksówkarza – Mitchell zginęła w wypadku samochodowym, nie napisawszy żadnej innej książki poza tą jedną jedyną (ale za to jaką!).  Miłośnicy wzięli zatem sprawę we własne pióra, tworząc swoje kontynuacje. Co ciekawe, na platformie fanfiction.net  Przeminęło z wiatrem wciąż mieści się w dwusetce najpopularniejszych książek (w seriwsie tym umieszczono prawie tysiąc opowieści o Scarlett), choć powieść ta liczy sobie 82 lata! To całkiem niezły wynik, mimo że wypada blado w porównaniu z Harrym Potterem. Ficzki te są bardzo różne: alternatywne wersje wydarzeń z powieści, kontynuacje „na smutno” i „na szczęśliwie”. Znalazłam jeden bardzo ładny tekst po polsku pt. Zielone kolczyki[1]. Przeczytałam także kilka po angielsku, ale chyba miałam pecha, bo trafiłam w większości na opowiadania przypominające grę The Sims: domek umeblowany, simowie, znaczy się Rhett i Scarlett, w dobrych relacjach, to nie pozostaje nic innego do roboty niż interakcja „Postaraj się o dziecko”. Nie mam jednak żalu do amatorów; wszak piszą dla rozrywki, bez profitów pieniężnych. Zupełnie inne podejście mam natomiast do fanfiction oficjalnie wydanego. Czyli w książkach. Na papierze. Z pozwoleniem spadkobierców Mitchell.


Wydanie z biblioteki, z którego korzystałam było brzydkie, pozbawione obwoluty, więc obrazek pożyczyłam stąd

Jutro nadeszło?
               I tak po tym przydługawym wstępie wreszcie możemy przejść do rzeczy. Otóż spadkobiercy Mitchell, chcąc zatrzymać prawa autorskie do Przeminęło z wiatrem, postanowili zezwolić na wydanie oficjalnego sequelu po ponad pięćdziesięciu latach od opublikowania pierwowzoru. Trudnego zadania, jakim jest stworzenie dalszego ciągu historii Scarlett, podjęła się pisarka Alexandra Ripley. Podobno, aby właściwie się  przygotować, autorka przeczytała powieść sześć razy, sporządziła szczegółowe notatki, a nawet przepisywała fragmenty ręczne, by „fizycznie poczuć styl Mitchell”… [2] Jak wyszło? Cóż, niektóre książki wystarczy tylko streścić, a zaorają się same. I tak, niestety, jest właśnie w przypadku Scarlett. Kontynuacji „Przeminęło z wiatrem”. Przyjrzyjmy się zatem wspólnie temu dziełu literackiemu.

Ciotka Lokomotywa przeczyta, żebyście Wy nie musieli
               Powieść Alexandry Ripley zaczyna się prawie w tym samym momencie, w którym swoją bohaterkę pozostawiła Margaret Mitchell. Nim Scarlett znajdzie się w ukochanej Tarze, musi przetrwać pogrzeb Melanii, będąc pod ostrzałem nienawistnych spojrzeń matron z Atlanty. W domu nie znajduje jednak ukojenia, gdyż umiera schorowana piastunka Mammy, jedyna bliska osoba. Scarlett powraca do Atlanty. Przeżywa kilka miesięcy w swoistym zawieszeniu, by w końcu odnaleźć rozwiązanie: pojedzie do Charlestonu, do rodziny Rhetta. Postanawia zaprzyjaźnić się z tamtejszą socjetą, zdobyć zaufanie pani Butler i w ten sposób odzyskać miłość męża. Rhett nie jest jej jednak przychylny; zmusza ją do zawarcia umowy, wg której Scarlett zostanie w Charlestonie do końca sezonu; podczas tego czasu będą udawali przykładne małżeństwo. Po tym okresie Scarlett wyjedzie i w zamian za zgodę na separację dostanie pół miliona dolarów w złocie. W międzyczasie Scarlett i Rhett wybierają się pożeglować na łódce, lecz zaskakuje ich niespodziewany sztorm. Uchodzą z życiem, a w związku z tym wzbierają w nich tłumione uczucia i dochodzi pomiędzy nimi do zbliżenia. Gdy wycieńczona Scarlett dochodzi do siebie otrzymuje od Rhetta list, w którym Rhett oświadcza jej, że muszą się rozstać. Wściekła bohaterka wyjeżdża do Savannah do wiekowego dziadka Robillarda. Nie znajduje jednak wspólnego języka z nadmiernie dystyngowanym staruszkiem; o wiele lepiej czuje się wśród swojskich O’Harów, swoich irlandzkich krewnych. Jej szczególnym przyjacielem zostaje Colum, ksiądz katolicki. Scarlett postanawia pojechać do Starego Kraju, do ojczyzny ojca. Na statku w drodze do Irlandii odkrywa, że zaszła w ciążę (na razie streszczam, pastwić się będę później!). W Irlandii bawi się wspaniale; sielankę przerywa straszliwa wiadomość: Rhett przeprowadził rozwód i poślubił Annę Hampton, przyjaciółkę z Charlestonu. Scarlett decyduje nie informować go o dziecku, osiąść w Irlandii jako wdowa i przywrócić świetność rodzinnej posiadłości. Osiąga to ciężka pracą. Zostaje nawet głową rodu, co wyraża się w pełnym szacunku przydomku „Ta O’Hara (tak, w książce było pogrubione). Scarlett odkrywa swoją prawdziwą irlandzką naturę, zrzucając gorset. Przy porodzie pojawiają się trudności: z powodu warunków pogodowych lekarz nie dociera; miejscowa czarownica dokonuje cesarskiego cięcia. Wszystko kończy się pomyślnie przybyciem na świat Kasi O’Hary zwanej Kicią ze względu na zielone oczy. Jednakże w wyniku komplikacji przy porodzie Scarlett nigdy więcej nie będzie mogła mieć dzieci. Gdy córeczka zostaje odchowana, Scarlett zostaje przedstawiona angielskiej socjecie, gdzie robi furorę. Traci przez to przychylność Irlandczyków, gdyż w tym uniwersum Anglicy pełnią rolę Jankesów, znaczy się znienawidzonego okupanta. Ponadto oświadcza się jej Lord Felton, licząc, że z tego związku urodzi mu się silny dziedzic. Pogodzona z utratą Rhetta Scarlett przystaje na tę propozycję, jednakże Anna Butler de domo Hampton umiera, dzięki czemu Rhett przyjeżdża do Irlandii po Scarlett. Rozsierdzeni Irlandczycy podpalają irlandzki dom Scarlett w akcie zemsty za kontakty z Anglikami, co nie burzy ogólnego happy endu. Koniec.
               Przyznajcie się, ile razy uderzyliście dłonią o czoło, czytając powyższy skrócony opis wydarzeń? Jesteście w stanie wyobrazić, co ja czułam bezpośrednio obcując z tymże niezwykłym dziełem literackim? A może mi nie wierzycie?
 
Ilustracja z książki
Wszystkie grzechy Alexandry Ripley
               Jakie losy dla Scarlett i Rheta wymyśliła Alexandra Ripley, już wiemy. Zresztą, szczęśliwe zakończenie było zupełnie do przewidzenia – po cóż by pisać smutne fanfiction, wszak nie ma potrzeby sprawiać kolejnej przykrości biednym czytelnikom Przeminęło z wiatrem. Przynajmniej tak wynika z założenia. Problem w tym, że dla każdego prawdziwego miłośnika nieśmiertelnej powieści powyższy „apokryf” jest po prostu katastrofą.  Przede wszystkim, Ripley nie umiała zachować oryginalnych charakterów – Scarlett zupełnie nie przypomina samej siebie, zwłaszcza w części „irlandzkiej”. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że mogłaby ona dobrowolnie porzucić dobrobyt i własną wygodę na rzecz przywracania świetności rodzinie O’Harów. Ponadto w rozwoju tej postaci brakuje konsekwencji; Scarlett ulega pochlebstwom Anglików, co samo w sobie jest bardzo kanoniczne (w pierwowzorze przyjaźniła się ze Scallawagami, czyli hołotą), ale w momencie, gdy niby dojrzewa, zmienia system wartości, powinna przecież pamiętać, że zadawanie się z okupantem kończy się ostracyzmem jak miało to miejsce w Atlancie. Rhetta jednak autorka skrzywdziła zdecydowanie bardziej. Mam wrażenie, że Ripley zupełnie zignorowała jego charakterystykę w końcowych rozdziałach Przeminęło…, bazując tylko na filmowej wersji tego bohatera. Całkowicie przeoczyła fakt, że Rhett w finale książki nie jest już przystojnym amantem, a zgorzkniałym zmęczonym człowiekiem, który utracił sens życia. Zamiast tego Ripley pokazuje Rhetta zabiegającego o uznanie charlestońskiej socjety. Totalnie amputowała mu również jego charakterystyczne zgryźliwe poczucie humoru; dialogi Butlera z innymi nie dość, że są nieśmieszne, to jeszcze w dodatku potwornie niesmaczne:
– Scarlett jest omal nieprzytomna ze strachu z powodu tego Jankesa buszującego po sypialniach- odezwał się Rett, kiedy Alicja dała już upust fali wspomnień. – Mam nadzieję, że nie poczujesz się szczególnie speszona ty poruszę tę kwestię jako stary przyjaciel, który usiłował zaglądać ci pod sukienka kiedy miałaś jeszcze pięć lat..
–Mogę rozmawiać o czym tylko chcesz pod warunkiem, że zapomnisz o mojej młodzieńczej antypatii wobec bielizny- Mrs. Savage zaniosła się gromkim śmiechem. Prawie przez rok byłam przyczyną rozpaczy całej rodziny. Tak, teraz to śmieszne... Ale ta afera z jankeskim intruzem wcale nie jest zabawna. W końcu ktoś kiedyś nie wytrzyma i widząc pociągnie za spust, a wtedy to już tylko diabłu będzie do śmiechu.(...)Rett uśmiechnął się.
– Wiem, że mogę ci wierzyć.(…)
– Byłeś okropnym łobuzem.
– A ty wstrętnym dziewuszyskiem. Powinienem był cię polubić, nawet wtedy, gdy już zaczęłaś nosić bieliznę.
–Powinnam była cię polubić, nawet gdybyś nie polubił mnie. Zaglądałam ci pod dziecinną sukienkę niemało razy, ale niczego nie zauważyłam.
–Litości, droga Alicjo. W ostateczności możesz mówić, że nosiłem kilt. Uśmiechnęli się łobuzersko, po czym Rett przystąpił do zadawania kolejnych pytań.


Gadaninie o bieliźnie w eleganckim towarzystwie, serio? Alexandra Ripley kompletnie nie rozumie obyczajów elity towarzyskiej z Południa (ale do gorszego przykładu anachronizmu jeszcze dojdziemy). Nie przypadkowo wybrałam własnie ten cytat. Chciałam również wspomnieć o licznych wątkach-zapychaczach występujących w tejże powieści. Skoro zakończenie jest do przewidzenia, Ripley stara się je odsunąć jak najdalej jakby chciała, by jej Scarlett dorównało objętościowo pierwowzorowi albo po prostu płacili jej od zapisanej strony. Jednym z takich zapychaczy jest intryga z jankeskim żołnierzem, podglądającym charlestońskie damy nocą w ich pokojach. Okazuje się, że napastnikiem, był chłopak, który „nie radził sobie z dojrzewaniem”, w związku z czym Rhett zabiera go do burdelu. Mnie już naprawdę brakuje słów, by skomentować, jak bardzo jest to obleśne. Nie wnosi to nic do fabuły, poza doprowadzeniem czytelnika do umarnięcia z zażenowania. Styl Ripley w momentach typu „wow, wow, XIX wiek pełen hipokryzji, autorka taka odważna, wow wow, prawda taka brutalna, wow wow” jest po prostu oblechowaty. Kolejny przykładzik:
[Znajoma Scarlett przychodzi, by wytłumaczyć jej, dlaczego wzbudzanie zazdrości w mężu poprzez flirtowanie z innym mężczyzną nie jest dobrym pomysłem] 
Dobrze. Wobec tego zachowuj się jak dama. Spotykaj się z Middlestonem gdzieś po południu, lecz nie dopuszczaj do tego, by twój małżonek, żona Courtneya i wszyscy spoglądali na was niczym na psa i sukę, parzących się w tempie walca.
Scarlett pomyślała,  że nic jeszcze ją tak nie przeraziło, jak słowa Salomei Brewton. Lecz już następne zdanie dowiodło jej, jak bardzo się myliła w swych sądach przyjaciółka. 
–Powinnam cię ostrzec, w łóżku marna z niego pociecha. Na sali balowej zachowuje się jak Don Juan, lecz kiedy ściągnie spodnie i zdejmie frak, zachowuje się jak kiep.To mówiąc, sięgnęła po czajniczek .–Jeśli zamierzacie ciągnąć to dłużej, uważajcie, bo jesteśmy w stanie wygarbować wam skórę... Zechciej, proszę, nalać mi herbaty.

Przejdźmy teraz do najdurniejszego wątku, jaki w tej abominacji się pojawił. Z pewnością domyśliliście się, że mam na myśli tutaj rozwód i ponowne małżeństwo Rhetta.

Scarlett, pogrążona we własnych myślach, słuchała jednym uchem, gdy nagle imię Retta z powrotem przykuło jej uwagę. Bart zachichotał. Właściwie opowiadał ploteczkę, którą Sally podała mu w ostatnim liście. Wprawdzie Rett to chłop nie w ciemię bity, lecz, jak się wydaje, wpadł w sidła, które kobiety zwykły zastawiać jak świat stary. Otóż, jakiś sierociniec wybrał się na wycieczkę do jego wiejskiej posiadłości, a kiedy przyszła pora powrotu, okazało się, że jedna sierotka zginęła. Cóż było począć? Rett wybrał się z wychowawczynią na poszukiwania. Ostatecznie wszystko skończyło się szczęśliwie, dziecko znaleziono, ale dopiero gdy zmrok zapadł. Wychowawczyni, jako panna, została więc skompromitowana w oczach towarzystwa i Rett, by oszczędzić jej hańby, musiał ją poślubić.Najlepsze zaś z tego wszystkiego było to, że kiedyś, przed laty, Rett uciekł z miasta, gdy przyszło mu dopełnić podobnego zobowiązania wobec innej dziewczyny, z którą także dopuścił się niedyskrecji.


CO DO CHOLERY? Jeśli tej nędznej imitacji Rhetta zależało na dopasowaniu się do konwenansów,  to w życiu nie mógł się rozwieść ze Scarlett (zwłaszcza, że znał ją cały Charleston!), ani tym bardziej poślubić innej kobiety. Dla samej Anny związek z rozwodnikiem byłby śmiercią towarzyską.
Jeżeli Ashley kocha ją, nie zechce przecież żyć z Melanią. O rozwodzie jednak także nie można było myśleć, Ellen i Gerald, gorliwi katolicy nigdy by nie pozwolili jej poślubić rozwiedzionego mężczyzny. Znaczyłoby to, że wyrzeka się Kościoła! Scarlett rozmyślała nad tym i postanowiła, że jeżeli dojdzie do wyboru między Kościołem a Ashleyem wybierze Ashleya. Ale, ach, jaki to będzie skandal! Rozwodnicy byli na indeksie nie tylko Kościoła, ale i towarzystwa. Rozwiedzionych nie przyjmowano nigdzie. Ona jednak gotowa była poważyć się dla Ashleya i na to. Wszystko była w stanie dla niego poświęcić ( Margaret Mitchell Przeminęło z wiatrem, tłum. Celina Wieniewska).

Tego sympatycznego fragmenciku Przeminęło…, chyba pani Ripley nie przepisywała. A wielka szkoda, bo może BYŁOBY WARTO. Mimo to Ripley popełnia parę „plagiatów” z Mitchell; najważniejszym jest chyba postać Anny Hampton, która zostaje wprost określana jako „druga Melania” i poza tym nic o niej nie wiemy. Zresztą, druga pani Butler w dogodnym momencie, gdy już autorce przestaje być potrzebna, umiera (czyli znów mamy do czynienia z zapychaczem). A przecież rywalka Scarlett powinna być prawie równie barwna!
Ponieważ Ripley wyciągnęła Scarlett z Atlanty, nie zrobiła już więcej innym bohaterom Mitchell krzywdy. Jednak ci stworzeni przez nią, są kompletnie nieinteresujący. Irlandzcy O’Harowie zlewają się w jedno. Natomiast córeczka Scarlett, Kicia, jest OOOOOCZYYYYYWIIIIIŚCIEEE najśliczniejsza, najmądrzejsza i już jako czteroletnie dziecko chodzi prawie samopas po miasteczku, bo jest taka niezwykła i niezależna, wow wow (kanoniczne dzieci Scarlett zostają prawie wymazane, widać nowo odkryta miłość macierzyńska ich nie objęła). Ripley starała się także nadać swojej powieści rys historyczny poprzez umieszczenie wątku irlandzkiego powstania przeciw Anglikom. Nie udało się jej jednak powtórzyć Mitchell; w porównaniu z niemalże „kronikarstwem” zawartym w Przeminęło…, wypada to po prostu blado. Ponadto, wszystko kończy się szczęśliwie i co właściwie w związku z tym? O wiele bardziej niż wydumanych przygód Scarlett poza Ameryką byłabym ciekawa tego, w jaki sposób układałoby się wspólne życie Scarlett i Rhetta, jak udało im się pogodzić, odnaleźć wspólny język i wybaczyć lata wzajemnego krzywdzenia się. Ale taki sequel musiałby napisać ktoś uzdolniony literacko, z ambicjami, ktoś, kto umiał by to przedstawić w sposób psychologicznie prawdopodobny, czyli zupełne przeciwieństwo Alexandry Ripley. Ale żeby nie brzmieć zupełnie jak przebrzydły hejter, dopowiem tylko, że pojawiło się w Scarlett kilka przyjemnych motywów takich jak prośba Mammy, by ją pochować w czerwonej halce, powrót Tony'ego Fontaina czy refleksje Scarlett o swojej matce. Problem w tym, że  to, co przyzwoite literacko, niknie w obliczu tych wszystkich debilizmów fabularnych. A gdyby Ripley po prostu chciało się trochę pomyśleć, a nie dokładać dramatyzmu, wyszło by z tego całkiem przyjemne czytadło. 

Czy leci z nami korekta?
               Polski wydawca (Atlantis, Warszawa 1991, tłum. Robert Reszke, z tego wydania pochodzą wszystkie cytaty zawarte w niniejszej recenzji) bardzo próbował przekonać czytelników, że jest to prawdziwa książka, a nie głupawy romansik z kiosku. Na pierwszy rzut oka to działa: twarda oprawa, obwoluta, całkiem przyjemnie ilustracje… Możemy jednak się rozczarować, czytając już sam początkowy rozdział: wita nas tam w samym pierwszym zdaniu błąd logiczny: To się zaraz skończy, potem wróci do Tary – z tego zdania wynika, że pogrzeb skończy się i dalej tenże pogrzeb pojedzie do Tary. Brawo. Dalej jest już tylko gorzej: literówki, łatwe do wyeliminowania powtórzenia, inne błędy składniowe, nagminne używanie niepoprawnej formy „perfuma” zamiast właściwej „perfumy”… Ponoć korekty dokonała Kamila Mieszkowska, ale najwyraźniej nie przejmowała się za bardzo swoją praca (albo chciała skończyć jak najszybciej obcowanie z tym fanfikiem). Ciekawe, czy w nowszym wydaniu (wyd. Albatros 2008) zostało to poprawione?

Nie kłamię, tak było!


Na zakończenie
               Czy mogło być gorzej? O tak, zawsze może być! Miniserial powstały na podstawie Scarlett to jeszcze większe zażenowanie dla odbiorcy (nie będę tego już opisywać, to nie jest na moje nerwy). Komuś jednak może się to dzieło spodobać, a będą to ci, którzy oczekiwali po Przeminęło… czystego romansu, a nie solidnego dramatu wojennego. Mimo to, uważam, ze takich dopisków do klasycznej literatury nie powinno się publikować w formie książkowej, bo, jak widać po Scarlett, skutek może być bardzo zły. Idealnym miejscem na to jest fanfiction.net czy inne tego typu platformy. Po co marnować papier, skoro Internet wszystko zniesie?

Uff, ktokolwiek w ogóle tutaj dotarł? Obiecuję, że więcej nie będę nikogo męczyć takimi obszernymi elaboratami, ale tym razem musiałam spisać wszystko, co mi leżało na serduszku. A może mylę się i istnieją dobre sequele dopisane do klasycznych dzieł przez innych autorów? Czekam na komentarze odważnych ludzi!

Przypisy
[2] Ellen F. Brown i John Wiley Junior "Przeminęło z wiatrem". Od bestselleru do filmu wszech czasów, Warszawa 2013

PS Istnieje inny dalszy ciąg Przeminęło z wiatrem wydany w Polsce, napisany tym razem przez mężczyznę, a jest to mianowicie „Rhett Butler” autorstwa Donalda McCaiga. Niech no tylko to kiedyś wpadnie w moje ręce..!
PS2 „Moje losy Scarlett i Rhetta zależą od humoru. Kiedy jestem wesoła, oni na pewno się godzą (w jaki sposób - nie mam pojęcia). A kiedy mi smutno, to Rhett ginie pod szynkiem w bójce, rzecz jasna z imieniem Scarlett na ustach.