Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawał kurczę dobrej literatury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawał kurczę dobrej literatury. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2020


Studia filologiczne wbrew pozorom to nie tylko szkoła językowa, ale także okazja do poznania całej masy interesujących dzieł literackich. I choć czytanie lektur z tygodnia na tydzień bywało problematyczne („Kazali mi czytać, to teraz mi się już nie chce!”), bardzo lubiłam ćwiczenia z literatury. A poza tym dogłębnie odczułam, że literatura rosyjska to nie tylko Tołstoj, Dostojewski i Bułhakow! Dziś chciałabym przedstawić kilka mniej znanych w Polsce lektur, ale zdecydowanie wartych uwagi, nawet jeśli nie ciśniecie napisanych innym alfabetem słówek po nocach.

sobota, 24 sierpnia 2019



Wielkie historie miłosne mogą nie mieć końca. Ale co muszą mieć nieodzownie – to początek.  Tak pisała Małgorzata Musierowicz w Kłamczusze. A tak się składa, że coś na ten temat wiem, bo wielu lat jestem zakochana. W malarstwie. Ale jak to? No tak. I przyznam się nawet, że od pierwszego wejrzenia, a była nim pewna szczególna książka z obrazkami, o której dziś Wam opowiem.

niedziela, 30 grudnia 2018

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było


Ciuch, ciuch!
               Ledwo zaczęłam, a już znikam na trzy miesiące i jeszcze bezczelnie przepraszam, że nie zdążyłam nic skrobnąć, bo mnie studia dopadły. Chociaż sądząc po zawrotnej ilości komentarzy pod ostatnim wpisem, mogę być pewna, że na szczęście nikogo nadmiernie to nie zmartwiło.  Jeśli mam być szczera, to wolę pisać po prostu wtedy, gdy mam czas oraz siły, aby potem być zadowoloną z efektu niż męczyć się i złościć się, że opublikowałam nie do końca przemyślany tekst.

               No dobrze, ale co mnie tak pochłonęło? Przyznam się, że całkiem ciekawe sprawy, a mianowicie smakowity stosik literatury rosyjskiej (po drodze, żeby mi nie było za wesoło, miałam też cały skoroszyt leksyki i gramatyki do wyuczenia, nie ma lekko!). Na początku był Iwan Turgieniew; jeśli miałabym w skrócie określić moje uczucia po lekturze Rudina, Szlacheckiego gniazda czy Ojców i dzieci najprecyzyjniejszym wyrażeniem byłoby chyba „Fajne. Taka trochę bardziej łzawa Jane Austen”. Jest to literatura obyczajowa, miła do czytania, bardzo sentymentalna. Z Jane Austen skojarzyły mi się te wszystkie eleganckie kółeczka szlachciców, których głównym zadaniem było głównie spędzanie czasu na rozrywkach. Trzeba jednak oddać Turgieniewowi sprawiedliwość; w jego twórczości pojawiły się nieco ciekawsze konflikty moralne niż tylko „kto wyjdzie za kogo za mąż” [1] i były one rozwiązane oryginalniej niż ślubem głównych bohaterów. Jego język jest także zdecydowanie bardziej sentymentalny, niemal ckliwy, szczególnie w Szlacheckim gnieździe. Sądzę, że jeśli nie macie nic na swoim stosiku przy łóżku, a chcielibyście zająć się cudzymi i odległymi problemami, to sięgnijcie po Ojców i dzieci czy Rudina; Szlacheckie gniazdo natomiast lepiej podejdzie raczej tkliwym serduszkom.
               O wiele bardziej interesujący wydał mi się Obłomow Iwana Gonczarowa, jedna z najbardziej przerażających powieści, jakie czytałam. Dotyczy ona niemocy posuniętej aż do patologii (sądzę, że dziś ta postać miałaby zdiagnozowana depresję). Tragedią Obłomowa nie jest to, że on  n i e  c h c e działać, on po prostu n i e  m o ż e.  I to właśnie wprawiło mnie w przestrach. Po zakończeniu lektury zerwałam się z krzykiem z łóżka i natychmiast je pościeliłam, żeby nie podzielić losu bohatera. Mimo że książka ta powstała w 1858 roku, jej przesłanie w ogóle nie straciło na aktualności; sama znam przynajmniej jednego takiego Obłomowa i głębokim lękiem napawa mnie myśl, że mogłabym podzielić jego los. Ponadto nazwisko tego bohatera stało się dla mnie precyzyjnym określeniem na stan rozleniwienia, niechęci do wychodzenia z domu i ogólnego przygnębienia.  „Czemu nie było cię dziś na zajeciach?” –  pyta koleżanka. „Obłomow” – odpowiadam i wszystko jest jasne bez większych tłumaczeń. W powieści pada także jedno z moich najważniejszych pytań, a mianowicie „KIEDY ŻYĆ?”. Kiedy mam poczytać sobie książkę, ot tak, bo mam ochotę, a nie dlatego, że mi kazali? Kiedy napisać notkę na blogaska albo opko, które chodzi po głowie od kilku miesięcy? Kiedy po prostu odetchnąć? Na pewno Wy też sobie nieraz zadajecie podobne pytania. I kto by pomyślał, że utwór, który powstał w połowie XIX w. może być tak żywotny (nawet jeśli dotyczy realiów dawno minionych)? Niestety, Obłomow jest w Polsce mało znany, a szkoda. Koniecznie przeczytajcie, czy chociażby dla przestrogi, czy po to, by odkryć, że w sumie nie jest z Wami aż tak bardzo źle – Obłomow postępował przecież znacznie gorzej niż Wy. Proszę bardzo, można się motywować.
               Natomiast o Dostojewskim trudno mi cokolwiek odkrywczego napisać. Powiem tylko tyle, że czytanie na raz Idioty, Braci Karamazow i Łagodnej to nie najlepszy pomysł. A już gdy dołoży się do tego odpowiednio wesołą muzykę, np. taką:

 albo taką:

można popaść w bardzo ciekawe stany. Przetestowałam osobiście; dzieci, nie próbujcie tego w domu. Jednym z dziwnych zjawisk związanych z prozą tego pisarza, które zaobserwowałam, było uczucie pewnej „dźwiękowości”: postacie Dostojewskiego nieustannie kłócą się i przekrzykują się, a ja to w trakcie lektury, a nawet po odłożeniu książki, jakkolwiek to niepokojąco brzmi, niemalże dosłownie słyszałam. Wydarzenia z powieści powracały do mnie także w snach – szczególnie finał Idioty (nie zaspoileruję, chociaż mam ogromną na to ochotę; nadmienię tylko, że to chyba najmakabryczniejsze zakończenie, z jakim się spotkałam w literaturze). Tradycyjnie popłakałam się przy wątku dzieci w Braciach Karamazow; nigdy nie udało mi się przeczytać o małym Iliuszy bez przerwy na wyłkanie się. I ponownie utwierdziłam się przekonaniu, że Kola Krasotkin to mój ulubiony bohater Dostojewskiego (znałam kiedyś kogoś bardzo podobnego do niego, pewnie stąd mój sentyment). Warto również zapoznać się z biografią Dostojewskiego napisaną przez, uwaga, Stanisława Cata-Mackiewicza – dotychczas kojarzyłam tego pisarza tylko z pism politycznych. Zdziwiłam się w miły sposób, Dostojewskiego czyta się szybciutko i przyjemnie. Znaleźć w nim można także różna ciekawostki na temat epoki czy innych pisarzy rosyjskich; czy wiedzieliście jak ogromnym rozpustnikiem był (jeśli Cat-Mackiewicz, rzecz jasna, mnie nie okłamał!) za młodu Tołstoj?! Dalej tkwię w szoku.
               Tutaj kończy się mój wpis i kończy się rok 2018, dlatego z głębi mojego czarnego jak dym z lokomotywy serca życzę wszystkim czytającym tę notkę Szczęśliwego Nowego Roku, pełnego wspaniałej literatury, muzyki i sztuki, odwzajemnionej miłości, a także odwagi do pisania komentarzy na moim biednym blogasku (można z anonima).
               To co, do zobaczenia za kolejne trzy miesiące? A tak na serio, to w roku 2019 postaram się nie obłomować i może skrobnąć coś tutaj częściej.


[1] Oczywiście, że nie mam zamiaru umniejszać niczego wielkiej Angielce. Problem jest chyba raczej ze mną. Otóż moja pamięć ma pewien osobliwy defekt: zazwyczaj czytam powieści Jane Austen z dużą przyjemnością, ale zapytana po jakimś czasie, np. dwóch tygodni, co właśnie przeczytałam, nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi. Czyżbym, podobnie jak Charlotte Brontë, „dusiła się w jej eleganckich domach”?

czwartek, 20 września 2018

Angielskie problemy 1/3 – „Saga rodu Forsyte’ów”

Dziewięć tomów?! Olaboga, kto by to tyle czytał? Mówisz, że saga? To coś podobnego do „Ludzi Lodu”? Hmm, Anglia przełomu XIX i XX w… O, to fajnie, bo ładne kostiumy będą. Na suknie zawsze miło popatrzeć. No co ty, czytać nie będę. Serial sobie włączę. Będzie w sam raz do klepania kotletów. Albo do prasowania. Bo to chyba taki angielski „Klan”, prawda?

               Właściwie nie planowałam nigdy czytać „Sagi rodu Forsyte’ów” Johna Galsworthy’ego. Znałam ten tytuł, wszak Małgorzata Musierowicz polecała swoim czytelniczkom ustami Melanii Borejko, ale nigdy się nie złożyło, żebym celowo poszła do biblioteki czy czytała jakąś recenzję. Pewnego dnia wybrałam się do antykwariatu i to „Saga…” znalazła mnie; spontanicznie kupiłam pierwsze trzy tomy: „Posiadacza”, „W matni” i „Do wynajęcia” (kolejne części historii, także podzielone na trzy tomy, noszą tytuły „Nowoczesna komedia” i „Koniec rozdziału”). Gdy wreszcie przeczytałam całość, zadałam sobie tylko jedno pytanie: dlaczego wcześniej nie przyszło mi do głowy zapoznać się z losami Forsyte’ów?!

              Opowieść zaczyna się w roku 1886, gdy na przyjęciu z okazji zaręczyn June Forsyte z młodym obiecującym, choć niemajętnym, architektem Filipem Bosinneyem spotyka się cały klan, który lustruje przyszłego członka rodziny, plotkuje, wymienia opinie. Obiektem obmowy jest nie tylko mąż June in spe, a także Soames Forsyte i jego piękna żona, Irena. Podobno powiedzieć, że im się nie układa, to daleki eufemizm. Nie mniej kontrwersji wzbudza ojciec June, „Młody Jolyon”, wiarołomny mąż i wyrzutek rodu. Ponoć ma nową rodzinę, a o córkę z poprzedniego małżeństwa zupełnie się nie troszczy… Tymczasem Soames postanawia zbudować nowy dom dla siebie i dla Ireny; ma on być podarunkiem, który sprawi, że oziębła małżonka okaże choć odrobinę serca. Z powodu rodzinnej solidarności, a na swoją zgubę, Forsyte wybiera oczywiście projekt Bosinneya. Nikt jednak nie może przewidzieć, że spotkanie Filipa i Ireny doprowadzi do skandalicznego romansu, a w konsekwencji do waśni wpływającej na losy kolejnego pokolenia…

Soames na okładce. "Miłość ziemska i niebiańska" Tycjana jest tu nieprzypadkowo, a dlaczego - musicie sobie doczytać sami :)

              
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że powyższy skrót fabuły brzmi bardzo kiczowato, prawie jak z okładek różowych książeczek z serii „Romans historyczny za dyszkę”, a nie jak opis dzieła, którego autor otrzymał nagrodę Nobla (stało się w roku 1932). Co w takim razie mogło się ukryć pod płaszczykiem pozornie prostej opowieści miłosnej i zauroczyć wielce poważną komisję, a także pewnego wybrednego małego hejtera podpisującego się pociągowym pseudonimem?

               Przewrotnie powiem, że na pewno nie byli to bohaterowie. Przede wszystkim mam tu na myśli członków głównego trójkątu miłosnego. Bosinney jest wprost nie do zniesienia ze swoją pozą jedynego prawdziwego kapłana Sztuki (tak, przez duże S) wśród ograniczonych Forsyte’ów (tutaj się nasuwa bardzo ładne słówko filister), a także biernością – nie mogłam się pozbyć wrażenia, iż właściwie rola kochanka w gruncie rzeczy niewiele zobowiązującej relacji bardzo mu odpowiada. Innymi słowy: chodzenie na schadzki – wspaniale, podjęcie sensownych działań – no cóż… Nie mogę mu także wybaczyć, jak potraktował June (maleńki spoiler: w finale „Posiadacza” okazuje się, że jednak w tym świecie przedstawionym istnieje jakaś sprawiedliwość, co sprawiło mi wiele satysfakcji). Natomiast prawdziwą nienawiść wzbudziła we mnie Irena, najgorsza firana literacka, jaką ostatnio zdarzyło mi się spotkać. Dama ta wychodzi za Soamesa li i jedynie z powodów  materialnych, po czym odkrywa, iż żywi ku niemu jedynie ODRAZĘ (może warto było pomyśleć przed przyjęciem oświadczyn, a nie skarżyć się na cały świat, co?). Nie próbuje nawet zdobyć się na jakąkolwiek próbę ocieplenia relacji z wyraźnie zakochanym mężem, od razu go skreślając. Później nie tylko radośnie go sobie zdradza, ale również rujnuje związek przyjaciółce. Nie potrafi przyjąć konsekwencji swojej decyzji i znosić ich z godnością. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że postaci literackie niekoniecznie muszą postępować moralnie (o czym by w takim razie powstawały powieści?); wielkim problemem natomiast jest dla mnie stosunek narratora do swojej bohaterki. Otóż wszystkie świństwa bohaterki wobec innych zostają jej wybaczone, bo, uwaga, przepraszam za capslocka, IRENA JEST PIĘKNA, A PIĘKNYM LUDZIOM WOLNO WIĘCEJ. Nie mogę pozbyć się odczucia, że jest ona pewnym konstruktem pozbawionym właściwie cech ludzkich. Nie pomaga także fakt, iż narrator konsekwentnie nie ujawnia jej myśli czytelnikowi. Stanowi ona moim zdaniem bardziej typ, niż charakter.

Irena. Czy nie przypomina Wam Izabeli Łęckiej?

Soamesa autor kreuje natomiast jako tego złego, niemalże pokazując palcem „Patrz, Czytelniku, patrz jaki to p o s i a d a c z przebrzydły, masz go nienawidzić!”, co bardzo podrażniło mojego ducha przekory i zamiast tego współczułam właśnie Forsyte’owi. Nie oznacza to, że Soames to postać tylko i wyłącznie szlachetna, w pokorze znosząca swą uroczą żonę; on też dopuścił się paru paskudnych uczynków. Czułam do niego sympatię nie z powodu jego zalet, lecz przez wzgląd na wady Ireny. Warto zaś zauważyć, że w finale „Do wynajęcia” to Soames wykazuje się szlachetnością i wzruszającym brakiem egoizmu, co świadczy o rozwoju jego charakteru; Irena natomiast przez trzy tomy „Sagi…” pozostaje wciąż tą samą egocentryczką niezdolną do pokonania swoich uprzedzeń, rujnując życie kolejnemu pokoleniu.

               Głównym tematem, jak wskazuje nam już sam tytuł, jest kwestia posiadania nie tylko majątku, ale także praw do drugiego człowieka – ten problem buduje główny wątek. Oczywiście, jest to również wyśmienita satyra na wiktoriańską obyczajowość, ale nie ma sensu, żebym się o tym rozpisywała, bo możecie na ten temat poczytać gdzie indziej (np. na BiblioNETce). Mnie natomiast najbardziej nurtuje zupełnie inne zagadnienie. Otóż nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że w świecie wykreowanym przez Galsworthy’ego każda postać ma z góry przypisaną pewną rolę, przed którą nie może uciec. Irena to wcielenie Piękna, nieustannie adorowana przez mężczyzn niezależnie od ich wieku, powiązań rodzinnych itd. June, odtrącona narzeczona, skoro jest obdarzona silnym charakterem, ma całe życie opiekować się „kulawymi kaczętami” – ludźmi słabymi czy skrzywdzonymi. Soames natomiast nigdy nie zdobędzie niczyjej miłości; zawsze będzie tym drugim, niekochanym, sprowadzonym nawet do niezbyt chlubnej funkcji bankomatu. O wszystkim tym zaś decyduje bóstwo o imieniu Bo-Tak-Ma-Być, znane również jako Predestynacja, co odsyła do protestanckiej wizji świata, w moim przekonaniu okropnej. Nie zgadzam się również z pojęciem Piękna wg Galsworthy’ego – nie, panie wielce szanowny autorze, uroda ciała nie decyduje o pięknie ducha i nie usprawiedliwia podłych postępków Ireny.


Młody Jolyon

               Przyznam się, że trudno mi było na początku przebrnąć przez „Posiadacza” – przytłoczył mnie nadmiar imion i nazwisk do zapamiętania. Na szczęście do książki dołączono drzewo genealogiczne, które nie tylko pomogło odnaleźć się w skomplikowanych relacjach Forsyte’ów, ale też przy okazji było ogromnym spoilerem… Jednakże przy lekturze kolejnych tomów zdałam sobie sprawę, że mam wypieki na twarzy i obgryzam paznokcie; nie będę ukrywać, lubię czytać o takich perypetiach uczuciowo-obyczajowych. Warto zauważyć, że „Saga…” to nie tylko firana Irena, ale także inne wątki. Urzekł mnie „stary Jolyon”,w przeciwieństwie do swego syna, dobry ojciec. Spodobały mi się także interludia – opowiadania niezwiązane z akcją będące fragmentami bardzo pięknej prozy o bajkowym, nieco onirycznym charakterze. Bardzo dużym walorem były dla mnie nawiązania do malarstwa światowego pojawiające się w powieści. Nie są one tylko popisem erudycji, lecz wynikają z charakterów postaci (Soames to wytrawny kolekcjoner dzieł sztuki, młody Joylon sam zaś maluje akwarele). Może to dziwnie zabrzmi, ale wzmianki te były dla mnie jak spotkanie dobrego przyjaciela w nieznanym mieście.
    
           Myślę, że warto przeczytać „Sagę rodu Forsyte’ów”. Spodoba się ona przede wszystkim miłośnikom solidnych powieści w starym stylu (tj. bez modernistycznych eksperymentów czy innych udziwnień). Jeśli lubicie „Lalkę” (Polak nie może uciec od tego skojarzenia!), to sięgnijcie po „Sagę…” śmiało. Nie pozostawiła mnie ona obojętną, co chyba jest jej kluczową zaletą.  Na pewno do niej za jakiś czas powrócę; ciekawe, czy za, powiedzmy, dziesięć lat będę w dalszym ciągu oceniać Irenę tak surowo? Przede mną „Nowoczesna komedia” – zobaczymy, czy ten sequel również mnie tak porwie.